Zapraszam na nową stronę www.Psychotronet.pl, z usługami psychotronicznymi, Lubartowska Szkoła Psychotroniczna


Huna czy bioenergoterapia?

Nie jestem bioenergoterapeutą. Zastanawiałem się nad tym i ukierunkowałem się swego czasu na ten zawód. Mogłem pójść na kurs i zdać egzamin. Nie zrobiłem tego. Sam się sobie dziwiłem. Przecież klienci zaczną inaczej patrzeć na moje usługi. Stanę się bardziej zrozumiały i wiarygodny.
Dzisiaj wątpię w to, by bioenergoterapia była dobrym wyborem. Choć sam doświadczyłem pomocy tą drogą, nie podzielam entuzjazmu w stosunku do jej metod (co nie oznacza, że ich nie szanuję jako działających). Nikt nie pracował nade mną kiedy miałem problemy metodami Huny, więc brak mi porównania "na własnej skórze".
W każdym razie przywiązałem się do bioenergoterapii swego czasu, dzisiaj zauważam to jako pewien błąd.
Bioenergoterapia nie jest Huną, to inna metoda. Istnieją podobieństwa, ale podobne nie jest identyczne. Tu i tam pracuje się z energią. W Hunie jednak "nie ma ograniczeń". W bioenergoterapię wplata się różne zasady quasi lub pseudo naukowe, które z jednej strony wyjaśniają proces uzdrawiania, z drugiej wprowadzają ograniczenia w postaci blokujących przekonań.
Ta cała "naukowość", próba odnoszenia się do rozumu, racjonalizowania wprowadza element ograniczający, uwarunkowania. W Hunie istotne jest otwarte serce. Proces uzdrawiania nie musi być wytłumaczony w stu procentach. Nie wiemy wszystkiego o Naturze. Szaman nie interesuje się teoriami, ale tym, co działa. A jak coś działa to już kwestia drugorzędna. Ważna, ale pośrednio, w dalszej mierze.
W Hunie moc uzdrawiania pochodzi z wnętrza. W bioenergoterapii korzysta się często z energii zewnętrznej, pobierając ją i przekazując. Praca z Mocą (Maną) prawie nie występuje.
Czym innym jest praca z Mocą (haw. Mana), a czym innym z energią (haw. ki).
Praca z Maną jest pracą nad duchowym doświadczeniem, nad poczuciem pewności, wewnętrznym autorytetem, władzą, charakterem. Dla bioenergoterapii - takie odnoszę wrażenie - charakter to coś drugorzędnego, ważniejsze są techniki. Kursy bioterapii nie są kursami charakteru, ale technik.
Ludzie, którzy je kończą niekoniecznie nabywają cech takich, jak świadomość, wolność, skupienie, wytrwałość, miłość, pewność, elastyczność. Cechy charakteru i moralne są gdzieś na samym końcu (natomiast pieniądze na początku). W szamańskim uzdrawianiu, takim jak Huna stanowią one podwaliny sztuki uzdrawiania.
To dobrze, że istnieje bioenergoterapia, ale Huna jest lepsza. Lepszy rydz niż nic, ale istnieją grzyby smaczniejsze od rydza.
Nie wiem czy kiedykolwiek zostanę bioenergoterapeutą. Nie jestem ani moralnie, ani materialnie przekonany, że jest to właściwa dla mnie droga i czy chcę posługiwać się metodami bioenergoterapii w swoich usługach.
Huna, choć jest bardzo mało popularna (wbrew pozorom) w postaci rzemiosła i tylko Serge Kahili King wraz z Aloha International uczą jej otwarcie w tej formie, przemawia do mnie bardziej, wydaje mi się doskonalsza, nieingerencyjna, oparta na innych zasadach, gdzie "uzdrawianie pochodzi z wnętrza dzięki miłości" a nie z mechanicznych technik i papierowych dyplomów.
Nawyki patrzenia na energię zamiast na Moc, mylenie obu tych rzeczy mogą niekorzystnie wpłynąć na praktyki Huny, kiedy mamy jakieś doświadczenia czy umiejętności bioenergetyczne i nie chcemy poznawać Huny od podstaw i ze świeżym umysłem.
Najbardziej nie podoba mi się w bioenergoterapii samouzdrawianie, którego prawie wcale nie ma (w sumie nic dziwnego: skoro ma się zarabiać dobre pieniądze na ludziach, którzy nie umieją lub nie mogą sobie pomagać, to po co promować samouzdrawianie?). W naukach Serge'a jest go pełno, to podstawowy sposób rozwoju. Książka "Natychmiastowe uzdrawianie" dotyczy prawie tylko samouzdrawiania, oddając w ten sposób różnicę pomiędzy bioenergoterapią skierowaną na zewnątrz a metodami szamańskimi, które zwracają się do wewnątrz.
Jest jeszcze rzecz najważniejsza - duch Aloha (miłości). Mam wrażenie, że bioenergoterapeuci (nie wypowiadam się o wszystkich) nie są zbyt współczujący i wrażliwi na cudze cierpienie. Bardziej interesują ich pieniądze i formalności (poza tym pełno tu "negatywnych energii", "klątw", "podczepień", "zjadających towarzyszy" i innych od-chrześcijańskich negatywizmów). Podkreślam - mam wrażenie. Zresztą brak duchowego treningu Aloha skutkuje pazernością, bezdusznością i ignorancją w każdym środowisku zawodowym.
Zauważyłem po sobie, że techniczne i ekonomiczne podejście do uzdrawiania pozbawiło i mnie w dużej mierze ducha Aloha. Dzisiaj wiem, że i moje powodzenie finansowe w dziedzinie uzdrawiania, i skuteczność sesji dla klientów nie zależą od tego, jakie tytuły i dyplomy posiadam i czyich wykładów słuchałem, nawet jakimi metodami się posługuję, ale od otwartego i zaangażowanego serca, które zamyka się i wycofuje, kiedy pałeczkę przejmują rozum, "naukowość" czyli "logia", kalkulacja i analiza.
Mój postulat brzmi: nie wrzucajmy Huny i bioenergoterapii do jednego worka. Każdy szaman jest uzdrowicielem, ale nie każdy uzdrowiciel jest szamanem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz